pozdrowienia z alei jerozolimskich
english/polski


Phoenix warszawiensis
Jakub Dąbrowski
miesięcznik Arteon nr 1(93) styczeń 2008



„Panie Stasiu, jak pan myśli, dlaczego oni palmy nie lubią?”, „Bo jest inna” – odpowiedział pan Stasiu. Jest coś symptomatycznego w tej krótkiej rozmowie między Joanną Rajkowską, pomysłodawczynią ustawienia sztucznej „Palmy” w centrum Warszawy, a panem, który przeprowadzał jedną z wielu napraw egzotycznego drzewka. Można powiedzieć, że ta zdawkowa, niemal naiwna wymiana zdań dobrze ujmuje sens tego, co przez pięć lat istnienia „Palmy” o niej mówiono i pisano. Przeglądając archiwa prasowe, trudno wskazać jakieś konkrety w dyskusji o projekcie Rajkowskiej, wyznaczyć osie sporu, znaleźć analizy wydarzeń czy teksty krytyczne. Z dosyć licznych prasowych wzmianek dowiadujemy się tylko, że jest „Palma”, że od czasu do czasu wymaga dofinansowania i naprawy, że są jacyś „oni”, którzy z jakiś powodów „Palmy” nie lubią i „my”, którzy ją lubimy, i że za całym zamieszaniem stoi charyzmatyczna artystka Joanna Rajkowska.
Interpretacji i analiz brakuje nawet w fachowej krytyczno-artystycznej literaturze, a przecież „Palma” w krótkim czasie znacząco wpisała się w pejzaż Warszawy, zyskała sobie miano turystycznej atrakcji i jednego z symboli stolicy, została także włączona w polityczno-społeczne spory. Wydaje się więc, że mogłaby być idealnym pretekstem do dyskusji, chociażby ogólniejszych, na przykład o roli sztuki w przestrzeni publicznej w Polsce. Czyżby administracyjnie niejasny ontologiczny status „Palmy” - w dokumentach ZDM funkcjonuje nie jako dzieło artystyczne, a jako „obiekt niedrogowy” - sprawił, że krytycy wyłączyli drzewko z kręgu swoich zainteresowań?
W pierwotnej wersji mój artykuł miał mieć charakter raczej metakrytyczny, początkowym założeniem było swego rodzaju podsumowanie pięcioletniej dyskusji wokół publicznego projektu Rajkowskiej. Brak głębszego analitycznego zainteresowania „Palmą”, dostrzegany także przez samą artystkę, sprawił, że ostatecznie to jej własne wypowiedzi są podstawową „literaturą tematu”, to one nadają teoretyczny kontekst projektowi i one będą inspiracją dla mojej refleksji.
W 2001 roku, po pobycie w Izraelu, Rajkowska wpadła na pomysł postawienia szpaleru sztucznych palm w Alejach Jerozolimskich. Projekt zatytułowany „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” został jednak z przyczyn techniczno-ekonomicznych ograniczony do jednego egzotycznego drzewka (czy raczej 15-metrowego drzewa). „Palma”, zbliżona wyglądem do gatunku phoenix canariensis, „wyrosła” ostatecznie w Alejach na rondzie de Gaulle’a w grudniu 2002 roku. Przeniesienie elementu typowego dla tropikalnych krajobrazów do zimowej, ponurej Warszawy mogło, z jednej strony, być po prostu gestem absurdu – „komuś odbiła palma i postanowił postawić sztuczną palmę”, ale z drugiej strony, na artystycznym zamyśle od początku ciążył historyczny kontekst miejsca. Ściślej rzecz ujmując, „Palma” nie została „przeniesiona” z jakiegokolwiek ciepłego kraju w jakiekolwiek miejsce w Warszawie, należałoby raczej powiedzieć, że „przywieziono” ją z Jerozolimy w warszawskie Aleje Jerozolimskie. W ten sposób Rajkowska chciała przywrócić na nowo nazwę ulicy, która tak spowszedniała, że zupełnie oderwała się od swojego źródłosłowu, pochodzącego jeszcze z końca XVIII w. Artystka przypomniała, że wtedy to Józef Potocki i August Sułkowski założyli żydowskie osiedle, nazwane Nowa Jerozolimą, jednak po dwóch latach, gdy Żydzi zaczęli stanowić zbyt silną konkurencje dla polskich kupców, osiedle zostało zlikwidowane, pozostała po nim tylko prowadząca ku Wiśle droga.
Tak więc poważne pytanie o pamięć skomplikowanej, traumatycznej historii miasta oraz ironiczny czy wręcz oniryczny gest ustawienia plastikowej palmy w grudniowej Warszawie, wskazały dla projektu początkowe pole semantycznych gier. Myślę, że ciekawym aspektem dzieła Rajkowskiej są zmiany granicy owego pola, wyznaczane także dynamiką relacji między samym artefaktem a jego autorką. Rajkowska nie spodziewała się, że „Palma” ją - jak sama to określiła – „przerośnie”. O dziwo, brak opieki kuratorskiej i bezpiecznego, cieplarnianego schronienia w white cube’ie nie zahamowały rozwoju „Palmy”, wręcz przeciwnie, idealne warunki dla wegetacji drzewka stworzone zostały przez spojrzenia przypadkowych przechodniów, ich zachwyty i złorzeczenia, obiektywy turystycznych aparatów i telewizyjnych kamer, happeningi, wystąpienia polityczne, a nawet biurokratyczne i konserwatorskie perypetie. W sztucznych liściach i pniu ciągle krążą soki zmieniające relacje między znaczącym i znaczonym, nabudowując kolejne semantyczne zależności i tworząc całą palmową mitologię.
Choć zgodnie z deklaracjami Rajkowskiej, projekt był tworzony bez politycznych intencji, z założeniem ideologicznej neutralności, „Palma” od początku miała w sobie wyraźny potencjał treści tradycyjnie przypisywanych lewicy czy też raczej treści nie kojarzonych z prawicą. Anegdotycznie można powiedzieć, że związek naszej „Palmy” z wyzyskiwaną klasą robotniczą był organiczny i istniał już od momentu jej powstania w USA, gdzie pracowali nad nią nie znający angielskiego meksykańscy robotnicy. Co więcej, późniejsza zwłoka w transporcie drzewka do Polski wynikała ze strajku dokerów. A na poważnie, wydaje mi się, że istniał tylko cień szansy na to, iż drzewko pozytywnie zaistnieje w ideologicznie innych niż lewicowe dyskursach, na przykład zostanie wpisane w symbolikę religijną i stanie się elementem ołtarza na Boże Ciało (o czym marzy sama artystka). Wybór Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Warszawy w listopadzie 2002 roku, jego niechęć do projektu i wprowadzenie ostrej, antagonizującej retoryki, która ustawiała pomysł Rajkowskiej w opozycji do chrześcijańskiej tradycji bożonoradzeniowej choinki, narzuciły „Palmie” politycznie jednoznaczne konotacje. Już w momencie zaistnienia „Palmy” w przestrzeni publicznej oficjalnie uwypuklano jej obcość i inność. Jeśli dodamy do tego powiązanie z problematycznym dla Polaków historycznym konfliktem narodowościowym, otrzymamy mieszankę nie do strawienia dla prawej części sceny politycznej oraz jej społecznego zaplecza. Nie bez znaczenia jest tu również artystyczny i antypomnikowy charakter drzewka z jego postmodernistyczną otwartością na interpretacje – ta nieokreśloność, ironia, możliwość dowolnego przesuwania znaczeń, nawet ku lewicowym skrajnościom, czyni „Palmę” trędowatą, niemożliwą dla katolickiego, czy narodowego sacrum.
Po dojściu do władzy PiS i zawiązaniu koalicji z LPR-em lewicowa kariera drzewka została definitywnie przesądzona: absurdalny, ironiczny wymiar dzieła Rajkowskiej coraz wyraźniej kontrastował z absurdalnymi, ale śmiertelnie poważnymi poczynaniami władzy. Nie da się ukryć, że bliżej „Palmie” do parady równości czy happeningu niż do defilady Polskich Sił Zbrojnych pod auspicjami prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego – niestety, Polska nie posiada tak jak Francja legii cudzoziemskiej. W sposób naturalny „Palma” przyciągnęła więc desperacko walczące o swoje socjalne prawa pielęgniarki (przystrojono ją nawet w pielęgniarski czepek), środowiska związane z klubem Le Madame i Partią Zielonych, a „Krytyka Polityczna” zaangażowała się w zbieranie funduszy na kolejną renowację drzewka. W mediach natychmiast dostrzeżono, że „Palma” przechyliła się na lewo, tymczasem moim zdaniem, ona zawsze w tym kierunku ciążyła i tylko jakiś szczególny zbieg dziejowych okoliczności mógł ją utrzymać w neutralnym pionie.
„Palma” przez swój publiczny kontekst tworzy jednak dużo bardziej złożony amalgamat recepcji niż li tylko polityczne zawłaszczenia. Funkcjonuje także poza wielkimi światopoglądowymi narracjami w mikroskali warszawskiego świata. Już dziennikarze „Gazety Wyborczej” w plebiscycie na ikonę stolicy zauważyli, że „wbrew pozorom >>Palma<< jest bardzo warszawska. Jej los jest niepewny, w zasadzie stoi na wariackich papierach i nie wiadomo jak długo jeszcze. Bez przerwy są z nią jakieś problemy. Co jakiś czas brakuje jej liści, albo liście są byle jakie. Ciągle nie ma na nią pieniędzy. Już teraz „Palma” może śmiało uchodzić za wybujały symbol warszawskiej tymczasowości” (Nowe ikony Warszawy, „Gazeta Stołeczna” 24.02.2007). Rzeczywiście, „Palma” uwypukla stołeczne absurdy i każe inaczej spojrzeć na swoje otoczenie - wszak w stojącej w pobliżu „Palmy” socrealistycznej, byłej siedzibie Komitetu Centralnego PZPR przez prawie dziesięć lat mieściła się giełda papierów wartościowych, pulsujące serce kapitalistycznego systemu. Jest w tym jakiś chichot historii, a obok niego rozlega się także chichot przechodniów, bo „Palma”, oprócz niechętnych reakcji, wywołuje uśmiechy i zaskakujące komentarze, ożywia reakcje dzieci, na krótką chwilę zmienia ludzi. Dzieło Rajkowskiej jest przede wszystkim dowcipne, tyle że, co chciałbym podkreślić, w ciepły sposób, który nie musi (choć może) być odczytywany w kategoriach politycznych złośliwości. Jest swego rodzaju antypomnikiem, i nie ma nic wspólnego z kolejną statuą Jana Pawła II, kardynała Wyszyńskiego czy marszałka Piłsudskiego. Nie stanowi też dla nich wyzywającej konkurencji - jest po prostu z innego świata, a to, z jakiego świata, zależy od kontekstu i gry skojarzeń. Czują to sami warszawiacy, którzy z duża dozą humoru policyjny patrol stojący pod „Palmą” nazwali „Miami Vice”. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby bezpośrednie sąsiedztwo egzotycznego drzewka wywoływało u policjantów marzenia o słońcu Florydy, czarnym ferrari kabrio, lnianych marynarkach i pastelowych podkoszulkach. Co ciekawe, wytwarzany przez „Palmę” tropikalny mikroklimat dowcipu i ironii ostatecznie postanowili docenić nawet nieprzychylni drzewku politycy. Mimo dystansu, ratusz Lecha Kaczyńskiego musiał dostrzec promocyjną wartość projektu Rajkowskiej, oraz miejsce jakie sobie zdobył w sercach warszawiaków i ludzi odwiedzających stolicę. „Palma” w niebywale krótkim czasie stała się stałym elementem programu turystycznych wycieczek po Warszawie, także punktem orientacyjnym czy miejscem umawianych spotkań. Rządzący miastem nie zlikwidowali „Palmy”, choć nie ma wątpliwości, że gdyby nie olbrzymi wysiłek Joanny Rajkowskiej i pomagających jej ludzi dobrej woli, pisałbym teraz nie o wciąż żyjącym, a o historycznym już projekcie. Obecnie nowe władze Warszawy z całą premedytacją wykorzystują drzewko w kampanii marketingowej miasta.
W ciągu swoich pięciu burzliwych lat istnienia „Palma” w jakiś sposób odmieniła stolicę i nieustannie stanowi punkt odniesienia, jeśli nie dla protestujących pielęgniarek, to dla szukających drogi turystów. W tym tkwi siła artystycznego projektu w publicznej przestrzeni. Myślę, że ludzie ciągle czują egzotykę, inność drzewka, które jednocześnie przestało być im całkowicie obce. Można powiedzieć, że w Warszawie został wyhodowany specyficzny, jedyny w swoim rodzaju botaniczny gatunek, który nazwałbym phoenix warszawiensis, i który warto byłoby rozpowszechnić szerzej w naszym kraju. Ten nowy gatunek palmy pomógł uczynić krok w poznawaniu otaczającej nas rzeczywistości (nie tylko roślinnej) i miejmy nadzieję, że będzie dalej prowadzić ku większej elastyczności w patrzeniu i myśleniu. W końcu „Palma” stoi na rondzie, gdzie Aleje krzyżują się z... Nowym Światem.

Ważniejsze artykuły wykorzystane w tekście:

 

1) I dla dresa, i dla japiszona, rozmowa z Joanną Rajkowską „Gazeta Stołeczna” 21.10.2002
2) Z Joanna Rajkowską rozmawia Dagny Kurdwanowska. Wywiad dla czasopisma „Twój Styl” [nie ukazał się]: http://www.palma.art.pl/pages/show/18
3) Palma dryfuje na lewo rozmowa z Joanną Rajkowską, „Rzeczpospolita” 12.02.2007
4) Joanna Rajkowska, Moja palma jest polityczna, „Plus Minus” 12.05.2007
5) Rozmowa z Joanną Rajkowską, „Gazeta Stołeczna” 03.07.2007
6) Palma mnie przerosła. Z Joanna Rajkowską rozmawia Dorota Jarecka, „Wysokie Obcasy” 15.09.2007
7) Ani krztyny szaleństwa, rozmowa z Joanną Rajkowską, „Rzeczpospolita” 20.09.2007
8) Dominika Dzido, Palma własna, czyli phoenix w Warszawie, „Autoportret”: http://www.autoportret.pl/_files/artykuly/a7_dzidoQ.pdf
9) Przemysław Kondraciuk, wywiad z Joanną Rajkowską, „Autoportret”: http://www.autoportret.pl/_files/artykuly/a7_dzidoQ.pdf


.....................................

Miasto

Z Joanną Rajkowską rozmawia Dagny Kurdwanowska. Wywiad dla czasopisma "Twój Styl" [nie ukazał się]; 2006rok.

Czym dla Pani jest miasto?

Miasto, przestrzeń miejska, to obszar który powinien należeć do ludzi, w którym każdy może powiedzieć - to jest moja przestrzeń, mogę ją kształtować jak chcę, mogę sprawić, że będzie aktywna. Wolna przestrzeń wypowiedzi, przenikających się swobodnie narracji i tożsamości, przestrzeń gry - to jest wizja miasta, w którym chciałabym mieszkać. Korporacje, firmy outdorowe w żadnym razie nie powinny komercjalizować miejskiej przestrzeni, bo odbierają ją ludziom. Takie miasto staje się martwym tworem, miejscem handlowej i politycznej rozgrywki, sformatowanym na potrzeby kampani medialnych. My nawet nie zdajemy sobie sprawy jak głęboki wywiera to wpływ na nasze zachowania, jak przekształca powoli nas samych.

Jak się pani czuje w mieście?

Zależy w jakim :) Chcę się czuć tak, żebym mogła w piżamie poczłapać po gazetę. Żebym mogła zjeść śniadanie w małej, niesieciowej bezpretensjonalnej kawiarence. Chcę, żeby jego mieszkańcy nie oglądali się ze zdziwieniem za każdym cudzoziemcem czy dziwakiem i żeby nie gapili się na mnie. W Warszawie czasem czuję się przytłoczona niemocą. Wiem, że przedstawiciele władz nie chcą się ze mną spotkać, że kolejny rok będę walczyć o kolejny projekt publiczny - i prawdopodobnie znowu bezskutecznie.

Kiedy miasto staje się interesujące?

Kiedy jest otwarte i kiedy należy do ludzi. Otwarte w znaczeniu gotowości na przyjęcie różnych treści, różnych tożsamości. Miasto musi być również elastyczne, musi przystosowywać się do różnorakich potrzeb swoich mieszkańców - tych którzy w nim mieszkają i tych którzy migrują. Jest potrzeba basenu - budujemy basen, nie chcemy samochodów - zamykamy drogi i robimy ścieżki rowerowe, jest coraz więcej Wietnamczyków - pytamy ich jaka jest ich wizja miasta. I - co oczywiste - miasto nie lubi nacjonalistów, szowinistów, pozbawionych horyzontu fundamentalistów wszelkich typów, nie lubi ludzi zalęknionych, którzy nie znają i nie chcą poznać świata, a także takich, którzy mają jedną receptę na to, jak powinno być. Oni wszyscy chcą zmonopolizować wizję pewnej płynnej, żywej wspólnoty i stworzyć martwy homogenat. Krótko mówiąc, miasto jest wtedy interesujące kiedy jest wielorakie, kiedy ludzie wszystkich możliwych kolorów i kultur tworzą swoje własne wersje miasta. Miasto żyje, kiedy władze nie próbują kontrolować i represjonować kultury a ludzie mają pełne poczucie przynależności i poczucie dobrze pojętej władzy.

Kiedy jest inspirujące?

Jak wyżej, kiedy jest nieprzewidywalne i kiedy ludzie mają poczucie władzy.

Kiedy miasta można nie znosić?

No cóż, to jak zwykle zależy od ludzi. Ja mam wizję miasta idealnego, mam wizję utopijnego społeczenstwa, więc im dalej od tego, tym bardziej mnie boli. Myślę, że miasto można bardzo znielubić, kiedy mieszkający w nim ludzie nie mają umiejętności nawiązywania bezpośredniego kontaktu. Kiedy wcielają się w swoją społeczną fukcję, wrastają w rolę, zapominają, że są przede wszystkim 'wobec' innych - zwykłymi ludźmi. Idę do sklepu, galerii, instytucji i spotykam zachowania, które świadczą o lęku przed bezpośrednim, nieuprzedzonym, niezaprogramowanym kontaktem. Mnie to boli i zniechęca. Bo zanim jest się urzędnikiem, czy kuratorem, jest się takim sobie zwykłym, nieukształtowanym, niegotowym człowiekiem. Jeśli tą świeżość ludzie zatracają, to miasto można znienawidzić. Wiele też zależy od tego, jak przestrzeń miejska jest zaprojektowana. Czy prowadzi do zachowań kontrolowanych, pełnych lęku i samocenzury czy rozluźnia, rozśmiesza, zbliża ludzi albo prowokuje do rozmów. To jest niesłychanie ważne. Przestrzeń i zachowania można kształtować, 'rzeźbić'. Ludzie mogą zapominać o swoich twardych społecznych 'kostiumach', bo kontekst jaki im proponuje otoczenie taki kostium po prostu unieważnia.
Wymiar polityczny zostawiam na koniec bo jest najbardziej oczywisty - miasta można nie znosić kiedy jest zamknięte i objęte kontrolą władzy pojętej w sposób totalitarny. Dla mnie Warszawa po zamknięciu klubu Le Madame stała się innym miastem, oczywiście w wymiarze symbolicznym. Bo Le Madame było jak najbardziej Miejscem - żywą, otwartą na wszystko komórką miejskiego organizmu, gdzie koegzystowały zupełnie różne wizje społeczne i kulturowe.

Czego w polskich miastach pani brakuje?

myślę, że odpowiedź jest zawarta w odpowiedzi powyżej.

Co jest w Warszawie, Łodzi, Wrocławiu czego nie ma w innych miastach na świecie? Z czego możemy być dumni?

Możemy być dumni z przestrzeni nieokreślonych, czegoś co jest opisywane jako non-site, nie-miejsce.Warszawa szczególnie jest pełna brzydkich jak noc, ale bardzo drogich mojemu sercu miejsc-nie-miejsc. Sa to obszary bez definicji, pomiędzy, zaniedbane, straszne. Są to przestrzenie, w których potencjalnie wszystko może się wydarzyć, w jakiś sposób na to gotowe. Kocham takie miejsca. One dają poczucie siły i możliwości. Jestem teraz w małym miasteczku na północy Szwecji i z wielkim wysiłkiem udało mi się parę takich nie-miejsc znaleźć. Ale to nie to samo...

Jak pani myśli, jaki efekt wywarło postawienie Palmy w Warszawie na sposób myślenia, zachowanie mieszkańców? Pamiętam przecież jak z początku narzekali, pukali się w czoła, a kiedy Palma miała zostać zlikwidowana nagle się okazało, że wszyscy Palmę kochają.

Palma jest znakiem, że nasza przestrzeń społeczna, jest już gotowa na przyjęcie bardzo różnych treści. Tak długo jak będzie stała, czyli pewnie jeszcze parę miesięcy, tak długo będzie pewnym energetycznym centrum w znaczeniu otwierania możliwości, pojemności na inność. Myślę, że ludzie czują to potencję, gotowość, marzenie, utopię, więc dlatego ją w końcu polubili. Dlatego też obecna formacja polityczna tak jej nie lubi. Bo palma jest dokładnie w poprzek ideologii PiS-u.

Myśli pani, że takie pomysły otwierają ludzi? Pomagają im na nowo spojrzeć na swoje miasto? Zaprzyjaźniają z miastem?

Myślę, że tak. Bo palma jest bardzo prostym przesłaniem, trochę rozbrajającym, pozwalającym się rozluźnić i 'przesunąć wobec innego' (parafrazując Kingę Dunin) w autobusie czy tramwaju czy innej wspólnej przestrzeni. Bo palma mówi, że tu jest miejsce na wszystkich i na wszystko, że Warszawa jest wielka i fajna :))

Czy sa jakieś pomysły na ożywienie miasta, które zwróciły pani uwagę (w Polsce i za granicą)?

Tak, tu w małym miasteczku na północy Szwecji jest zastosowane bardzo proste architektoniczne rozwiązanie, które sprawnie działa. Na środku centralnego placu, na przeciw ratusza zbudowana jest betonowa, podgrzewana (to ważne, bo tu zimno i śnieg pada!) platforma, do której prowadzi parę schodków. Na środku stoi prosta mównica - niewielki pulpit z uchwytem na mikrofon. Działa to doskonale, bo prowadzi do bezpośrednich, bardzo demokratycznych zachowań, które budują w ludziach poczucie, że mają wpływ na sytuację. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, staje przy mównicy i mówi. Inni słuchają lub nie, ale forum jest otwarte. Są podejmowane decyzje. A całość nie wiadomo dlaczego nazywa się 'Monkey Mountain'.

Teraz jest pani w Szwecji. Czy Szwedzi na przykład mają inne podejście do przestrzeni miejskiej niż Polacy?

j.w.

Palma, Dotleniacz, czy to także sposób na ocieplenie miasta, uczynienie go bardziej przyjaznym, "miękkim"? [ciekawostka: wczoraj rozmawiałam z koleżanką, która biegała po Pl. Grzybowskim, który jest bardzo nieprzyjazny dla przechodniów, poplątany; była wykończona poszukiwaniem STOEnu sprytnie ukrytego; powiedziała, że w tamtym momencie marzyła o takim Dotleniaczu, przy którym można by na chwilę się zatrzymać i choć trochę odreagować złość na miasto].

Tak, jak najbardziej, palma i dotleniacz są też po to. Używa Pani słowa 'miękki' - jak miękka technologia, [software]. Tak te projekty powinny działać - to są systemy operacyjne na twardym gruncie miejskiej tkanki [hardware]. Mają sprawiać, że nagle możemy miasta używać, zmieniać je, kształtować.
Dotleniacz - projekt utopia... Proszę poprosić władze miasta, żeby przyjaźniej spojrzały na projekt, to może po dwóch latach walki wreszcie powstanie...

W jaki sposób wybierała pani miejsca na Palmę i Dotleniacz?

To miejsca wybierają projekty :) Palma - Aleje Jerozolimskie, historia ukryta w nazwie ulicy jak w kapsułce, trzeba było ją tylko z tej kapsułki uwolnić. A Dotleniacz - 'Księgarnia Patriotyczna' w której można dostać zawału z powodu ilości antysemickich i narodowych toksyn unoszących się w powietrzu i obok synagoga, i Teatr Żydowski. Toksyczna nijakość przestrzeni, toksyczne zachowania wycieczek młodych Izraelczyków pod obstawą. Patrzę na nich i chciałabym pójść z nimi na piwo, ale nie, oni są w innym wymiarze, w wymiarze wojny. Chciałam to wszystko dotlenić.






















.....................................

Z Joanną Rajkowską rozmawia Artur Żmijewski. Fragment wywiadu opublikowanego w książce "Drżące ciała" Artura Żmijewskiego

Opowiedz co nieco o podróży do Erec Israel. Była szczególna? Jeśli tak to dlaczego?

Była to podróż bez celu. Kiedy cel podróży nie określa cię, spojrzenie na wiele rzeczy ulega wyczyszczeniu. Jesteś po prostu przybyszem, a nie jak to bywa w większości przypadków, artystą z misją zrobienia wystawy. Nie poruszasz się w artystycznym getcie, po prostu łazisz tu i tam. Izrael był również szczególny przez to, ze wzbudzał tyle piekielnych emocji. Pamiętam przyjazd do Jerozolimy i tą dziwaczną sytuację w hoteliku Faisal. Był tam przeszklony tea room z implantowaną muzyką z Zachodu, gdzie wszyscy się zbierali; bardzo cool miejsce. Ale Moby w momencie, kiedy z okien widać było izraelskie helikoptery unoszące się nad Betlejem brzmiał dziwnie. Była to wyspa, unosząca się nad Wschodnią Jerozolimą, wyspa, gdzie paliło się sziszę, jadło guacamole i czuło pogłębiającą się odrębność. Nie czułam się częścią tea room'u. Ludzie na ulicy byli mi jakoś bliżsi niż globe-trotterzy z hotelu.

fot. Marcin Szwed

Pamiętam przyjazd tłumacza z arabskiego na angielski pracującego w obozach dla uchodźców palestyńskich, od którego wiało zupełnie czymś innym. Wialo od niego kompletną bezradnością. Kiedy z nim rozmawiałam, czułam niemożność ogarnięcia tego, czego doświadczał w jakiś spójny system. Jedno doświadczenie podlegało jednej logice, inne - innej. Były to sprzeczne logiki i czułam jak ryją w mojej głowie oddzielne kanały, które jak proste równoległe, nie mogą się spotkać. Co z tym zrobić?Pobyt w takim kraju jak Izrael sprawia, że w miarę ilości poznawanych faktów coraz mniej się rozumie. Pamiętam tez uczucie gwałtownego sprzeciwu w Mea Sharim, dzielnicy ortodoksów. Mało mnie obchodziło podobieństwo do polskiego sztetla. Patrzyłam na kobiety blade jak wampiry i niechętnych chasydów. Nie rozumiałam reguł tego świata i czułam, że trafiają celnie w reguły mojego, jakby go wyśmiewały. Ten sprzeciw był tak silny, tak toksyczny, ze przyszedł mi do głowy pewien pomysł: położyć się na ulicy, w poprzek chodnika. Dopiero wtedy, kiedy zrobiłeś mi zdjęcia jak chasyd chce mnie - leżącą, walnąć laską, to mi przeszło. I wreszcie strach. Ja nie bałam się czegoś konkretnego: samobójców i bomb. Bałam się, bo strach był w powietrzu. Pamiętam pierwsze popołudnie w Jerozolimie spędzone na wyrku w Faisalu, pod pledem obrzydliwie przesiąkniętym ludzkim potem. Nie spalam i nie mogłam się ruszyć. Byłam kompletnie sparaliżowana strachem. Czułam, że moja skóra drogą osmozy pobiera strach z otoczenia, i że niedługo eksploduję.

fot. Artur Żmijewski

Projekt palmy powstał z żartu, z niepoważnego pytania, co by było gdyby w Alejach Jerozolimskich w Warszawie pojawił się szpaler palm - jak na ulicach Jerozolimy. Potrafisz takim drobnym wyobrażeniom nadać, jak w przypadku palmy skalę "monumentalną". Wydaje mi się, ze inne twoje prace tez powstają z przyczyny takich małych kaprysów wyobraźni. Drobne jest ważne? Dlaczego?

No wiesz... z małych kaprysów wyobraźni powstają czasem nawet dzieci. Ja ufam tym myślom, które wypychają na inną orbitę; sprawiają, ze czuję się jak w filmie. Bez względu na to, czy są to małe czy duże myśli. Zdarzają mi się najczęściej wobec kogoś, podczas rozmowy. Coś się wtedy we mnie uruchamia. Mała fala w kosmos. Patrzę jak ktoś reaguje, czy daje się unieść fali. Poza tym wtedy trzeba ta falę werbalizować, jakoś ją urealnić. A potem - taka myśl rozrasta się we mnie jak bąblowiec albo natychmiast o niej zapominam.
Kiedy powstała palma, pisaliśmy o Izraelu, było gorąco i jakoś chaotycznie. Naprawdę wysilałam mózg, żeby wymyślić zakończenie i jak pamiętam nie był to pierwszy pomysł. Ale wtedy chyba nastąpiło we mnie jakieś zwarcie i ponakładały się na siebie klatki pamięci z Warszawy i te z Jerozolimy np. z placu przed hotelikiem Faisal, gdzie mieszkaliśmy. I jeszcze jedna klatka: pocztówka, którą znalazłeś na Starym Mieście w Jeruszalaim. Był tam łysy wzgórek a na nim rachityczna biedna palma. Pod spodem napis: "Pozdrowienia z Hebronu", albo po prostu "Hebron", nie pamiętam dobrze. Zrobiła na mnie wrażenie. Wyglądała jakby była drukowana w Polsce, gdzieś w latach 80.
Monumentalna skala projektu wynika tylko i wyłącznie z rozmiarów niezrozumienia, z wielkości obszaru nie do pojęcia, o tym przecież jest palma.

Aleje Jerozolimskie - Jerusalem Avenue, mieszkałaś przy tej wielkiej ulicy w samym centrum miasta przeżyłaś tam rozmaite rzeczy. To chyba bliska ci nazwa - opowiedz o tej bliskości.

Ta bliskość była do pewnego momentu niezwykle bolesna. Próbowałam tamtędy nie jeździć, bo było ponad moje siły nie spojrzeć w okna mieszkania, w którym mieszkałam. A kiedy już się doliczyłam i spojrzałam, bolało. W 1999 roku znalazłam mieszkanie przy Alejach Jerozolimskich; chciałam zamieszkać w nim z moim mężem. Potem mieszkając w nim, zdecydowałam się rozwieść i wieść życie inne niż to, które prowadziłam dotychczas.
Ciężar tych decyzji przeraził mnie. Reakcją na nie była narastająca obcość wobec wszystkiego wokół; musiałam się wyprowadzić. Od tego czasu Aleje Jerozolimskie są dla mnie miejscem granicznym, prywatną odprawą celną z jednego życia w inne życie.
Są też, już w innym wymiarze, jakimś znakiem naszej historii: przez stolicę sporego kraju w Europie Środkowej biegnie szeroka arteria: Aleje Jerozolimskie. Nazwa jest tak zrośnięta z naszą kulturą, że nikt jej nie słyszy, nie słyszy znaczenia. Myślę, że to bardzo dobrze.

Myślisz, że ktoś z warszawiaków pamięta o znaczeniu nazwy tej ulicy?

Nie sądzę. To dziwna historia. W roku 1774 August Sułkowski założył w okolicach dzisiejszej ulicy Towarowej osadę dla ludności żydowskiej: Nową Jerozolimę. Jej mieszkańcy stali się szybko bardzo niewygodną konkurencją dla kupców i rzemieślników warszawskich Sułkowski został pozwany przed sąd przez magistrat marszałkowski. Zażądano likwidacji Nowej Jerozolimy. 23 stycznia 1776 r. towary skonfiskowano a domy osady zostały zrównane z ziemią. Tak przynajmniej wyczytałam w książkach.* Historia się zatarła w morzu polskiego nieszczęścia, ale nazwa pozostała.
Ludzie z kafejki "Między Nami" podobno nagle usłyszeli nazwę tej ulicy, kiedy zobaczyli pocztówki z palmą zatytułowane: Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich.

Stawiając takie wielkie egzotyczne drzewo w środku miasta, przenosisz z tamtego, tropikalnego świata coś, czego ci tu w Polsce brakuje? Coś stamtąd? Co to takiego?

Brakuje mi różnorodności tamtego świata. Brakuje Żydów, o których braku/obecności nazwa ulicy mówi w sposób oczywisty. Nie jakiejś maleńkiej grupy asymilantów. Brakuje ludzi w całym tego słowa znaczeniu innych, demostrujących swoją inność bez zażenowania, ale i bez agresji. Brakuje tak samo Arabów i Afrykanów. Brakuje energii emigrantów, którzy decydują się zostawić wszystko i zacząć żyć od nowa, ich niepokoju i siły. Może z powodu tych tęsknot tak dobrze się czuję na Stadionie Dziesięciolecia. Polska pod tym względem jest beznadziejna. Białe, katolickie społeczeństwo, podobne zachowania i podobne przekonania. Straszne jest to milczące porozumienie, ta "normalność". Nie ma żadnych mniejszości ani większości, jest biedniejszy albo bogatszy homogenat. Może stąd bierze się polski rasizm i nietolerancja. Nie mówię, ze Izrael jest krajem tolerancji, myślę że to również rasistowski kraj, tylko w inny sposób i z innych przyczyn... Poza tym Izrael cały czas kształtuje się - pod każdym względem. Jest to kraj, w którym każdy myślący człowiek musi zadawać sobie fundamentalne pytania.
Brakuje mi również napięcia, brakuje mi łączności z resztą świata tak oczywistej w Izraelu. Polska jest gettem pod tak wieloma względami, że czasami brakuje powietrza.
Stawiam drzewo i traktuję to jako element komunikacji między ludźmi, komunikacji pozawerbalnej i nie angażującej intelektu. Podobnie jak w Dzienniku Snów, nie chcę aby ludzie się "rozumieli". Myślę, że jest to niemożliwe. Chcę aby BYLI koło siebie. Pod palmą.

rozmawiał Artur Żmijewski

.....................................


DUŻY FORMAT nr 43 dodatek do Gazety Wyborczej (GW) nr 245, wydanie waw (Warszawa) z dnia 2003/10/20, str. 14

K0P KOMITET OBRONY PALMY

ZUPEŁNE HONOLULU

Palma w centrum Warszawy. Na rondzie przed dawnym gmachem Komitetu Centralnego PZPR. Surrealizm. Poezja. Palma polska. Kilometr od Sejmu palma nam odbiła. Polska fantazja. Pochwała nieprzydatności. Niekonieczność. Jej dni są policzone. Władze miasta nie chcą palmy. Już wiadomo, że palma z zaległym czynszem po roku od swych narodzin, 13 grudnia, zostanie wyrwana i wywieziona ciężarówką na śmietnik

Jerzy M., taksówkarz, z obrzydzeniem: I dobrze, bo ona tylko ośmiesza miasto.

Nastoletnia córka do matki, obok Empiku: Ale obciach ta palma, Boże, jaka wiocha!

Urzędniczka magistratu: Ona się nie podoba i podobać nie będzie, sami państwo chyba rozumieją.

Anda Rottenberg, kurator i historyk sztuki: Palma pojawiła się na rondzie de Gaulle'a w zimny grudniowy dzień, zamiast choinki. Na rondzie zrobiło się inaczej niż zwykle. Palma, podobnie jak inne nieliczne dzieła sztuki publicznej nie ma specjalnego celu. Nie reklamuje samochodów, banków, biustonoszy... Nie reklamuje niczego. Jest znakiem relaksującego odświeżenia.

Może przywoła zaciekawienie historią miasta wszak wyznacza początek Alej Jerozolimskich, niegdysiejszą granicę obszaru zasiedlenia przez żydowskie gminy.

Może przywiedzie na myśl źródłosłów obecnej nazwy ulicy ("Nowe Jeruzalem")

Bezinteresowny prezent artystki Joanny Rajkowskiej pt. "Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich"dla zabieganych, zmęczonych warszawiaków.

Krystyna Janda, aktorka (następnego dnia po zainstalowaniu palmy sfotografowała ją, a zdjęcie opublikowała w internecie): Jest zachwycająco absurdalna i śliczna. W jakimś sensie jest poezją w tym miejscu. Jako warszawianka chciałabym artystce za nią podziękować.

Nastolatka z Milanówka rozdająca ulotki blisko palmy: Ja nawet wolę tu rozdawać niż gdzie indziej. Jakbym była w jakimś ważnym centrum dzięki tej palmie. Palma is beauty!

Zbigniew W., taksówkarz: Takie pieniądze w to wwalić! Tragedia. Co pomyślą cudzoziemcy? Że my jesteśmy jakimiś wariatami. W latach 70. ustawili na tym rondzie myszki w klatce. I to był pożyteczny pomysł. Myszki wdychały wyziewy z samochodów, żeby potem zbadać im wątroby. Na ile są zatrute. Chodziło o to, że milicja drogowa skarżyła się na zanieczyszczenia w powietrzu. I myszki potwierdziły okropne zanieczyszczenie. A co potwierdza taka palma? No sam niech pan powie, co? Nic!

Starszy pan z aktówką: To symbol głupoty tych, którzy tę palmę postawili. Ściąć ją! Po trzykroć ściąć!

Tomek Sikora, fotograf, sąsiad palmy: Ludzie, błagam, zostawcie mi ten symbol nadziei na światło i ciepło!

Dorota Monkiewicz, kurator Muzeum Narodowego w Warszawie: Z całego serca głosuję za palmą, niech Warszawa wyróżni się niestereotypowym myśleniem i wyobraźnią, oprócz tych wszystkich negatywnych cech, które naszemu miastu zostały już wcześniej przez niewarszawiaków przypisane.

Andrzej Samson, psychoterapeuta: Dla ludzi, którzy reagują na nią agresywnie, palma jest kłopotem. Zagadką. Budzi zaniepokojenie: po co ona tu jest? Dla mnie to zabawny akcent w tym nadętym miejscu przy KC i ponurym gmachu PAP. Śmieszny wykrzyknik w środku miasta. Bronię jej zdecydowanie.

Bogusław Kaczyński: Warszawa , wyłączywszy Trakt Królewski i wszystkie pamiątki po Stanisławie Auguście, jest najbrzydszą stolicą Europy, a może i najbrzydszą stolicą świata. Palma dodaje jej blasku. Kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz, omal nie wjechałem w nią samochodem z wrażenia. Teraz staram się bywać często w jej okolicy i marzę o Nicei albo Monte Carlo.

Mateusz Sikora, rzeźbiarz, mieszka blisko palmy: Uważam, że palma na rondzie de Gaulle'a pasuje tam jak pięść do oka, czyli tak jak większość budynków w tym mieście. Jest tak innym w tym miejscu okazem, że tworzy niesamowitą pozytywną harmonię z tymi wszystkimi niepasującymi obiektami. Skoro mamy Pałac Kultury, to miejmy i palmę.

Joanna Mytkowska, kurator z Fundacji Galerii Foksal: W Warszawie to, czego nie można zmodernizować, po prostu się zasłania. Reprezentacyjne gmachy, a najczęściej są to inwestycje koreańskie lub tureckie, zasłaniają posocjalistyczne rudery. Jednocześnie tożsamość miasta-ofiary próbuje się budować wokół martyrologicznych pomników, odrestaurowanych budowli historycznych i wyjętych z lamusa symboli zachodniej kultury w rodzaju kwadrygi na Teatrze Wielkim. Palma przywraca Warszawie Wschód, odnosi się do historycznego, wielowiekowego zapatrzenia w Orient, ale i obecnego otwarcia na emigrację zza wschodniej granicy, do bazarów i nomadycznej tymczasowości, na której ufundowana jest egzystencja dużej części świeżo przybyłych mieszkańców miasta.

Krystyna Kofta, pisarka: Tu palma mi wyrośnie (pisarka pokazuje gdzie), jeśli władze Warszawy ją pozostawią.

Bogna Świątkowska, Fundacja Nowej Kultury "Bęc Zmiana" : Lubię, przechodząc w okolicach palmy, patrzeć na twarze dzieci. Dorośli jakby się przyzwyczaili : o, stoi sobie palma i już nawet głowy nie odwrócą. A dzieci to co innego. Obdarzają palmę uwagą, przyglądają się jej z jakimś rozmarzeniem, nienasyceniem. Oczy dzieci mówią - ale fajna palma!. Jakoś nie zauważyłam tego efektu w okolicach wielu innych eksponowanych obiektów w Warszawie.

Lubię na nią patrzeć, bo ona mnie dyscyplinuje, bo myślę sobie wtedy: Ej, nie spinaj się tak, wyluzuj, życie ci przeleci między palcami, jak taka poważna będziesz, nabierz dystansu. Palma jest jak radio. Jak się komuś nie podoba, to może sobie ją wyłączyć, popatrzeć na asfalt, na tory tramwajowe, na fasady domów, wcale nie musi sobie tej palmy włączać.

Pisarz, który nie chce się wypowiedzieć oficjalnie: Ona nie pasuje do tego miejsca, wygląda sztucznie. Wiem, że miała być odreagowaniem w kontekście Komitetu Centralnego, ale to jest naciągane. Ona jest kiczem. To są takie postmodernistyczne pomysły, że można wszystko połączyć ze wszystkim, genitalia z krzyżem itp. Otóż nie, nie można sobie pozwalać na wszystko. Relatywizm moralny nic dobrego nie przyniesie. A palma jest takim symbolem pozwolenia sobie na wszystko.

Krzysztof Sidorek, artysta z grupy Twożywo: Postawiona na rondzie, wciągnęła do gry całe otoczenie i, chcąc nie chcąc, nas wszystkich. Jest publiczna, a nie zamknięta w więzieniu galerii, wolna, dostępna jak sztuka ulicy. Równie potrzebna jak sztuka ulicy i równie niedoceniona. Ale taka to właściwość działania ulicznego, że nie jest zdefiniowane w kategoriach sztuki. Pozwala ocenić się każdemu, nie tylko wybranym specjalistom. I w tym leży jej moc.

Ks. prof. Michał Czajkowski: Szarzyznę rozświetla! W końcu to Aleje Jerozolimskie i chociaż jedną palmę mieć powinny.

Grzegorz P., taksówkarz, ok. 30 lat: Mnie denerwuje ten wiecheć. Mój ojciec fajnie powiedział, że to symbol zwycięstwa Żydów w Warszawie. Bo sobie Aleje Jerozolimskie wysadzają palmami, che, che...

Piotr Rypson, krytyk sztuki: Warszawa to jednak niegościnne miasto. Nowym zarządcom stolicy palma nie w smak. Może to nie dość chrześcijański symbol w porównaniu z arcykatolicką choinką. Ale przecież palma jest symbolem chrześcijan starszym od naszych choinek o 1500 lat z okładem. Niedziela Palmowa upamiętniająca wjazd Jezusa do Jerozolimy nawet laikom coś tam mówi.

Joanna Mytkowska (ponownie): Umieszczona przy Alejach Jerozolimskich przypomina Jerozolimę : to piękne i jakże ważne dla Polski miasto, w którym wielu ludzi ciągle zna choć kilka słów po polsku.

Pani Aniela, rencistka handlująca kwiatami nieopodal palmy: Jak się nazywa ten kraj ciepły, bo zapomniałam? Ja się przez tę palmę czuję właśnie jak w tym kraju. O! Honolulu, przypomniałam sobie! No zupełne Honolulu!

Pan Ryszard, stoi obok pani Anieli: Turyści często pytają, czy sprzedajemy pocztówki z palmą. Ja bym chętnie takie obrazki sprzedawał oprócz kwiatów. A raz jeden cudzoziemiec pokazywał ręką na palmę i mówił, że gratulejszyns czy coś.

Kazimierz Kutz: Strasznie idiotyczna. Tak idiotyczna, że zachwycająca. Uwielbiam nonsensy, gdzie człowiek się ich nie spodziewa. Gazeta� musi bronić palmy!

Tomasz Stańko, kompozytor, trębacz: Pamiętajmy, że rzeczy zaskakujące i niepotrzebne odświeżają miasta.

Urszula Dudziak, wokalistka jazzowa: Więcej takich palm, to powinno być zaraźliwe.

Małgorzata i Michał (wnuk Mieczysława) Foggowie, galeria sztuki Prace Duże: Odbijająca palma ma w naszej gwarze znaczenia dwa. Negatywne (nierówno pod sufitem) oraz znaczenie odwrócone. Pozytywne. I z takim znaczeniem się utożsamiamy. Palma na rondzie to trwały symbol naszej pozytywnej, postępowej palmy, która nas motywuje, inspiruje i podnieca, jest motorem postępu!

Remigiusz Grzela, dziennikarz: Palma to symbol tego miasta, nadzieja na miasto inne. A że równo wszystkim odbija, to wspaniale. Dostałem zaproszenie do teatru. W treści była informacja, że sztuka jest pod patronatem Pana Prezydenta Warszawy Profesora Lecha Kaczyńskiego�. Tylko palmy zabrakło w tym tytule.

Łukasz Gorczyca, kurator i krytyk sztuki z galerii Raster: To bardzo głupie, że miasto nie jest zainteresowane palmą, bo palma ma w sobie niewyobrażalny promocyjny potencjał, jest atrakcją, także turystyczną, i daje dobre świadectwo o fantazji i wyobraźni jego mieszkańców. Ale jak wytłumaczyć to komuś, kto fantazji i wyobraźni jest pozbawiony? Na miejscu urzędników z ratusza natychmiast skontaktowałbym się z Joanną Rajkowską, pogratulował jej pracy i zaproponował dalszą współpracę : zostawić palmę na dłużej, wydać pocztówki i drobne pamiątki z warszawską palmą, a z czasem rozważyłbym, czy miasto nie powinno po prostu kupić sobie palmy na stałe.

Agnieszka Kowalska
Mariusz Szczygieł

Manifest:

Wzywamy:
1. Aby Zarząd Dróg Miejskich zwolnił palmę z czynszu! Wystarczy tylko przekwalifikować ją z kategorii �obiekt niedrogowy� (jakim obdarzył ją ubogi język urzędników) na �rzeźbę publiczną�. Rzeźby czynszu nie płacą.
2. Aby ZDM umorzył palmie 10 tysięcy złotych zaległego czynszu, na który nie stać fundacji Instytut Promocji Sztuki. (Palma wymaga konserwacji i to pochłania środki).
3. Aby władze Warszawy przedłużyły zgodę na życie palmy w tym miejscu i przyznały jej jakąkolwiek zapomogę, by przy życiu ją utrzymać.
4. Pozostawienie palmy będzie także dowodem naszego otwarcia się na inność i różnorodność wśród drzew, z których wszystkie nie muszą być przecież wierzbami płaczącymi.

Komitet Obrony Palmy

Ks. prof. Michał Czajkowski, Urszula Dudziak, Krystyna Janda, Bogusław Kaczyński, Krystyna Kofta, Kazimierz Kutz, Agnieszka Morawińska, Michał Ogórek, Anda Rottenberg, Andrzej Samson, Tomasz Sikora, Tomasz Stańko, Redakcja �Dużego Formatu�
Czytelnicy popierający nasze postulaty mogą przysyłać e-maile na adres: ratujpalme@gazeta.pl
Sponsorzy, którzy chcieliby wspomóc konserwację palmy, mogą otrzymać atrakcyjne miejsce na reklamę; kontakt przez www.palma.art.pl

.............................................



Z Joanną Rajkowską rozmawia Dominika Dzido. Tekst ukazał się w czasopiśmie "Autoportret".

palma własna, czyli phoenix w warszawie

Czasem palmy wyrastają w samym środku zimy, w bardzo nietypowym a dla siebie środowisku. To wcale nie żart czy złudzenie, ale odważny projekt artystyczny.

W grudniu 2002 r. na warszawskim Rondzie de Gaulle'a leżącym na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Nowego Świata pojawiła się piętnastometrowa palma. Jej wysoki, solidny, nasączony ciepłym brązem pień wieńczył pióropusz gęstych, powiewających liści. Temperatura tego dnia nie pozwalała wytłumaczyć widoku zjawiskiem fatamorgany.

Pomysł zrodził się z postawionego przez artystkę Joannę Rajkowską, żartobliwego początkowo pytania: co by się stało, gdyby jedną z głównych warszawskich ulic obsadzić szpalerem palm. "Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich" - bo taki jest tytuł projektu - związane są ze wspomnieniami z podróży Rajkowskiej do Izraela. Powstały z potrzeby opowiedzenia końca tej podróży w Warszawie, w tym konkretnym, pełnym osobistych doświadczeń miejscu. Artystyczna realizacja połączyła dwa odległe konteksty: palma wyrwana z izraelskiego krajobrazu przenosi jego specyfikę do stolicy, nazwa ulicy Aleje Jerozolimskie - zostaje dodatkowo skojarzona z Bliskim Wschodem. Rajkowska pokazała znaną wszystkim warszawiakom ulicę w niecodziennej odsłonie. Okolicznościowe kartki z palmą i angielską wersją nazwy projektu, "Greetings trom Jerusalem Avenue", dodatkowo poszerzyły pole znaczeniowych odwołań. Kolejną, głębszą warstwą projektu, jest odsłonięcie, jak w archeologicznych wykopaliskach, historii Alej. W r. 1774 na rogatkach ówczesnej Warszawy Józef Potocki i August Sułkowski założyli osady dla Żydów: Nowy Potok i Nową Jerozolimę. Ze względu na rosnącą ekonomiczną konkurencję tej okolicy władze miejskie zdecydowały o likwidacji osad. Pozostała po nich droga prowadząca w stronę Wisły. Realizacja Rajkowskiej w ciekawy i niespodziewany sposób odwołuje się do tamtych wydarzeń, do śladów żydowskiej historii w mieście.
Projekt był realizowany przez trzy osoby: autorkę, architekta Michała Rudnickiego i reprezentującą Fundację Instytut Promocji Sztuki Katarzynę Łyszkowicz. Palma miała stać na warszawskim rondzie przez rok, ale po tym okresie okazało się, że z powodów finansowych i organizacyjnych trzeba szukać innych rozwiązań niż likwidacja drzewa. Jednocześnie ku zaskoczeniu autorki i Fundacji, za palmą ujęli się warszawiacy. Powstał Komitet Ochrony Palmy, który przy wsparciu Gazety Wyborczej podjął walkę o pozostawienie drzewa w miejscu, w którym zapuśiło ono swoje sztuczne korzenie. Administracyjna droga do celu była równie trudna jak ta, która doprowadziła do zmiany miejskiego pejzażu. Palma stała się jednak na tyle ważnym i integralnym elementem przestrzeni, że ani jej twórcy, ani większość mieszkańców nie wyobraża już sobie pustego po niej miejsca.
W rozmowie z Arturem Żmijewskim Rajkowska powiedziała, że chce, aby ludzie "byli koło siebie, pod palmą�. Pragnienie artystki spełniło się. Często można dziś usłyszeć, że ktoś umawia się z przyjaciółmi �pod palmą�, czyli w okolicy ronda. Pod samym drzewem stacjonują niekiedy policjanci z drogówki, co zwłaszcza w letnie, s łoneczne dni (kiedy policjanci noszą ciemne okulary) tworzy kadr jakby prosto wyjęty z rozgrywających się gdzieś w Kalifornii seriali amerykańskich. Ów humorystyczny obrazek uzupełnia całkiem realna historia powstania palmy. Została ona wykonana przez amerykańską firmę Soulutions.Com, a konkretnie przez zatrudnionych w niej meksykańskich robotników. Amerykański kontekst jest kolejnym elementem jakże barwnego kolażu kulturowego, którego centrum stanowi sztuczne drzewo stojące w jednym z głównych miejsc stolicy.
Warszawska Phoenix Canariensis wykonana jest ze sztucznych tworzyw oraz materiałów naturalnych i zabezpieczona zarówno przed deszczem, mrozem, jak i przed promieniowaniem UV. Dzięki temu zachowuje świeży wygląd niezależnie od warunków pogodowych. Projekt sfinansowano z pieniędzy uzyskanych od firm-sponsorów. Praca nad tą wielką realizacją artystyczną umieszczoną w przestrzeni publicznej najeżona była rozlicznymi problemami technicznymi i administracyjnymi, natrafiła też na bariery mentalnych przyzwyczajeń. Palma wprawiała w zdziwienie, a nawet w osłupienie. Jednak okazało się, że przeobraża ona rzeczywistość w twórczy sposób. Można się zastanawiać, czy to dzięki niej fragment miasta zyskał nową tożsamość, czy też wprawiła ona jedynie w ruch wielość znaczeń drzemiących w okolicy Ronda de Gaulle'a.
W jednym z opowiadań Mrożka kierownik ogrodu zoologicznego postanowił wzbogacić placówkę o "słonia własnego" - wykonanego z gumy i napełnianego powietrzem. Jednak gumowa powłoka została przez pomyłkę wypełniona gazem i kiedy rankiem przybyła pierwsza wycieczka szkolna, lekki podmuch wiatru uniósł słonia wysoko nad ogrodzenia. Uczniowie, którzy to widzieli, stali się chuliganami i przestali wierzyć w słonie. Słoń, który lata, prowadzi na manowce, ale "palma własna" na rondzie środkowoeuropejskiego miasta potrafi uruchomić proces poznawania na nowo czegoś co wydawało się już oswojone. Wielość skojarzeń, jakie przywołuje sztuczne drzewo - podróż artystki do Izraela, historia Żydów warszawskich, policjanci przypominający funkcjonariuszy z Los Angeles i meksykańscy robotnicy pieczołowicie wyrabiający pień - nasuwa sporo pytań. Każe zatrzymać się i zastanowić nad miejscem, w którym jesteśmy.

Dominika Dzido

..................................


(...)Nie było łatwo. ale udało jej się sprawić. że warszawianie pokochali palmę i ten - zdawałoby - obcy element wpisał się na dobre w krajobraz stolicy.

z Joanną Rajkowską rozmawia Przemysław Kondraciuk


Przemysław Kondraciuk: Można powiedzieć, że palma istnieje w dwóch głównych płaszczyznach. W sferze wizualnej, jako obiekt, wpisuje się w przestrzeń miasta. W sferze, którą umownie możemy nazwać sferą społeczną, wywołuje rozmaite reakcje. Który z tych aspektów jest dla Ciebie ważniejszy?

Joanna Rajkowska: W moim pojęciu te sfery są nierozerwalnie ze sobą związane, jedna implikuje drugą. Niemniej palma, nawet uszkodzona i biedna, nie traci mocy obnażania z jednej strony niechęci i lęku, a z drugiej - pewnej tęsknoty do innego miasta, innego sposobu spędzania czasu, innego życia po prostu. Ta sfera okazała się najcenniejsza, bo powstał kontekst pozwalający zderzyć różne postawy, ujawniły się nie tylko koszmarne stereotypy, ale i marzenia. Na tym polu, które nazwałeś sferą społeczną, projekt spełnia się cały czas - tak, jak miał się spełniać.

PK:: Palma wzbudziła w Warszawie masę kontrowersji. Czy próbowałaś sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest ich przyczyną?

JR: Myślę, że problemem, z którym ludzie się z trudem mierzyli, był fakt, że palma jest obca. To jest obcy element w mieście.

PK: Czy byłaś zaskoczona taką, a nie inną reakcją?

JR: Kiedy wychodzi się w przestrzeń publiczną, przestrzeń otwartą, trzeba się liczyć z ostrymi reakcjami, a nawet z tym, że pomysł nigdy nie zostanie zaakceptowany. Nie znaczy to, że jest obliczony na skandal. Jest to swego rodzaju eksperyment społeczny. Żywiołowe reakcje, niechęć, kubły pomyj, które wylewano na moją głowę (szczególnie na forum Gazety Wyborczej), cały ten spór jest częścią projektu. Historia palmy, mimo jej groteskowych losów, ma bardzo pomyślny koniec. Okazało się, że palma stała się elementem miasta, ludzie nie chcą się z nią pożegnać. To więcej niż oczekiwałam.

PK: Jakie są reakcje środowiska artystycznego?

JK: Jak dotąd nie powstał ani jeden rzetelny tekst krytyczny na ten temat. Pierwszym będzie prawdopodobnie tekst Anety Szyłak w książce "Sztuka i przestrzeń publiczna w Polsce" - katalogu wystawy Genius Loci. Zawinił tu przede wszystkim brak profesjonalnego przedstawienia projektu. Centrum Sztuki Współczesnej okazało się zupełnie nieprzygotowane do przeprowadzenia projektu publicznego, nawet nie zapewniło kuratora. Myślę również, że sporo niepotrzebnego szumu zrobiła prasa, która wychwytywała "sensacyjne" wątki, próbowała z tego uczynić wydarzenie medialne i niezmiennie umieszczała całą historię w dziale "miasto" lub "wydarzenia". Jedynie kuratorzy spoza kraju widzą projekt w innym kontekście.

PK: Czy spróbowałabyś po tym wszystkim podjąć się w najbliższym czasie realizacji dużego projektu publicznego w Polsce? A jeśli tak, to jakie warunki powinny zostać spełnione?

JK: Tak. Ale tylko i wyłącznie, jeśli projekt miałby wsparcie instytucji, która potrafiłaby przeprowadzić fundraising i zapewnić kuratora zdolnego do reprezentowania projektu na zewnątrz.

PK: Czy sądzisz, że taki scenariusz jest możliwy w najbliższym czasie?

JK: Myślę, że nie.

rozmawiał Przemysław Kondraciuk


..................................


Wywiad Agnieszki Kowalskiej z Joanną Rajkowską, Gazeta Wyborcza, poniedziałek 21 październik 2002

Bez algorytmu.

- Zacznijmy od samego pomysłu: dlaczego postanowiłaś wyjść ze swoją sztuką w przestrzeń miejską?

Poczułam ostrze zwykłego życia.. Przestała mnie interesować przestrzeń spodziewana - taka, co to wiesz po co w nią wchodzisz. Już miałam takie intuicje przy "Satysfakcji", która też nie jest pomysłem galeryjnym. Satysfakcja, w serii kosmetycznej była w tym roku pokazana w sklepie drogeryjnym w Essen i dopiero wtedy zaczęła żyć prawdziwym życiem. Zobaczyć mydło z etykietką "z ludzkiego tłuszczu" obok zwykłego mydła, w sklepie, to był precyzyjnie - mój cel. Wpisać się w kontekst życia, takiego najzwyklejszego i przestawić jego elementy, to dla mnie o wiele bardziej podniecające niż wykonywanie najinteligentniejszych nawet artefaktów niezmiennie umieszczanych w spodziewanym kontekście - galerii albo muzeum. A kiedy zobaczyłam w tym roku na wystawie w Kolonii ogromną wystawę Matthew Barney'a, poczułam, że otrzymuję strzał w zmysły, jak zbyt mocny bodziec - pozbawiający mnie pewnej wrażliwości. Chodziłam przez sale wypełnione fantastycznie wykonanymi przedmiotami i wyuzdaną formalnie scenografią i cały czas myślałam o jednym - o roboczogodzinach. Ilu ludzi przy tym pracowało i jak długo mieli to zlecenie. Czy mieli fun wykorzystując niezwykłe materiały i nowe technologie. Komu dało to kasę i na jak długo. Po tej wystawie do reszty zrobiłam się głucha i ślepa na fajne zmysłowe wdzięki. Wyszłam na ulicę w Kolonii i poczułam ulgę, rzeczywistość wciąż jeszcze była mocniejsza....

- Dlaczego wymarzyłaś sobie dla palmy właśnie to miejsce, rondo de Gaulle'a?

Ja sobie niczego nie wymarzyłam. Ja w ogóle nie marzę. Nie wymyślam. Do mnie zazwyczaj coś dociera: z zewnątrz. Kiedy palma powstała, powstała razem z miejscem - Alejami Jerozolimskimi. Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich są pomysłem wziętym z języka, a konkretnie z próby opisania podróży do Izraela. Nałożyły mi się różne klatki pamięci. Widok z hoteliku w Jerozolimie, pocztówka z napisem "Pozdrowienia z Hebronu" umieszczonym pod widokiem łysawego wzgórka z rachityczną palmą, no i Aleje Jerozolimskie, które dla mnie są osią Warszawy. Jest też klatka z poczuciem bezradności, nieumiejętnością ogarnięcia sytuacji w Izraelu jakąś jedną logiką. W sposób dosłowny jest to więc przeniesienie widoku - który w Izraelu jest oczywisty - do Warszawy; na ulicę, której nazwa z kolei odsyła z powrotem do Izraela. Nie wiedziałam jak zakończyć opowiadanie o podróży, to był jeden z pomysłów: obsadzić Aleje Jerozolimskie w Warszawie szpalerami palm. Postanowiłam po prostu zrealizować zdanie z opowiadania. Tym bardziej, że w warstwie mniej dosłownej palma jest zapożyczeniem wyrażenia, którym w języku polskim opisujemy coś nie do pomyślenia, coś poza naszym sposobem pojmowania, coś, mówiąc krótko - idiotycznego. Ta językowa "palma" ma fajny zakres znaczeniowy, podszyty kpiną, ironią i wyższością wobec tego co opisuje. Zakłada, że ten, kto mówi o czymś "palma!" wie lepiej, wie jak powinno być. Jest w tym również jakaś niemożność zrozumienia owego faktu i odesłanie go do świata pomyłek.
Okazało się zresztą, że pokłady absurdu tkwią w tym miejscu znacznie głębiej. Ostatnio zaczęłam szperać w historii nazwy ulicy, dokopałam się do raczej wstydliwej historii. W roku 1774 August Sułkowski założył w okolicach dzisiejszej ulicy Towarowej osadę dla ludności żydowskiej: Nową Jerozolimę. Jej mieszkańcy stali się szybko bardzo niewygodną konkurencją dla kupców i rzemieślników warszawskich. Sułkowski został pozwany przed sąd przez magistrat marszałkowski. Zażądano likwidacji Nowej Jerozolimy. 23 stycznia 1776 r. towary skonfiskowano a domy osady zostały zrównane z ziemią. Historia zatarła się w morzu polskiego nieszczęścia, ale nazwa drogi prowadzącej do Nowej Jerozolimy pozostała.

- Jak dużo czasu minęło od pomysłu do jego realizacji?

19 miesięcy. Solidnej pracy - rok. Jakiś czas, może miesiąc, może dwa pomysł przedzierał się we mnie, nie wiedziałam, że to po prostu gotowy projekt, gotowy do realizacji...

- Czy dziś, po bataliach z urzędnikami, podjęłabyś się ponownie realizacji innego projektu w przestrzeni miejskiej? Czy masz już dość?

Nie mam wcale dość. Mimo, że nie miałabym siły przechodzić tej samej drogi i stawiać drugiej palmy, to chciałabym się zająć innymi pomysłami, np. projektem, który sobie nazwałam Siła i Czujność czyli - znaleźć w mieście miejsce na całe pole czerwonych muchomorów. Prawdziwych tym razem. Już widzę jak piszę wniosek do Sanepidu..... Pcha mnie do przodu możliwość kontaktu z ludźmi na tej dziwnej płaszczyźnie, którą generują takie projekty. Wyobraź sobie, umawiam się z elektrykiem i proszę go o schemat połączenia elementów metalowych fundamentu palmy. Palmę trzeba "uszynić" czyli zapobiec porażeniu, jeśli wychylenie pod wpływem wiatru spowoduje dotknięcie jej do trakcji tramwajowej, która jest pod napięciem, albo piorun w nią strzeli.... Omawiam z firmą przewozową transport pnia.... To ten dziwny kontakt z ludźmi uprawomocnia te wszystkie działania, te góry wydawanych pieniędzy i trawione w urzędach dni.

- Co w całym procesie załatwiania pozwoleń sprawiło ci największa trudność?

Lęk. Takie "- Stracę przez panią pracę." W jakimś sensie historia z palmą to było pokonywanie paraliżującego strachu przed czymś co jest właściwie niezdefiniowane i nie dające się nagiąć pod żaden paragraf. Na co nie ma definicji. Skoro nie ma definicji - jak o tym myśleć? Nie ma algorytmu. Brak procedury.
Żeby być sprawiedliwym: spotkałam wielu, bardzo wielu urzędników, którzy reagowali zdroworozsądkowo, pytali się po co to robię, rozmawiali ze mną o względach bezpieczeństwa i jeśli czegoś nie wiedziałam, po prostu radzili co zrobić. Konkretni, rzeczowi, często życzliwi ludzi. Takie były Tramwaje Warszawskie, Zarząd Oczyszczania Miasta, wielu urzędników w ZDM-ie...

- Czy oswoiłaś się już z urzędnikami i czy sądzisz, ze oni choć trochę oswoili się dzięki tobie ze sztuką współczesną?

Mam nadzieję, że ci z którymi rozmawiałam przestali myśleć, że artyści to banda natchnionych nieudaczników a sztuka współczesna to niezdrowy snobizm. Rzadko mówiłam o sensie tego projektu, nie chciałam nikogo przekonywać do czegokolwiek; pokazywałam jedynie komputerowe symulacje ronda de Gaulle'a z palmą. Chciałam aby pracowali ze mną, aby czuli, że uczestniczą. Sądzę, że wielu z urzędników może spokojnie powiedzieć, że to w jakimś sensie ich palma, bo wiele dla projektu zrobili. Jeśli tak jest, to ta świadomość jest sukcesem znacznie większym niż sama palma.

- Jak myślisz, jak warszawiacy zareagują na palmę?

Nie mam pojęcia.

- Czy uważasz, że konieczne jest dopisywanie do Palmy jakiejś ideologii, czy każdy może ją sobie dopisać sam?

Boże uchowaj. Dużo się nabiedziłam, żeby palmę przed ideologią - i to wszelką - uchronić. Ona jest i dla dresa, i dla japiszona. Dla każdego jest czymś kompletnie innym. Ja mogę mówić tylko o przyczynach, dla których podjęłam się zrobić ten projekt.

- Czym w takim razie jest ona dla Ciebie?

... To takie miłe uczucie, że można się wspólnie z innymi poświęcić czemuś kompletnie absurdalnemu. Plus fakt, że pod palmą dres przestanie mnie osłabiać. Japiszon też.

rozmawiała Agnieszka Kowalska
....................................


Stach Szabłowski o palmie. [Rozmowa z Michałem Rudnickim dla City Magazine]

Czy Warszawa ma szansę stać się metropolią śródziemnomorską? Nasze miasto było już kiedyś Paryżem wschodu, oraz stolicą Drugiej Japonii (Tokio zachodu?), więc kto wie. Póki co, został uczyniony pierwszy krok w kierunku subtropikalnym. Dwunastego grudnia niemożliwe stanie się faktem. Na progu zimy, w samym środku środkowo europejskiego miasta, na rondzie de Gaulle'a wyrośnie piętnastometrowa, sztuczna palma. To Joanna Rajkowska przesyła Pozdrowienia z Aleji Jerozolimskich. Dzięki determinacji artystki, ludziom dobrej woli oraz sponsorom, Aleje Jerozolimskie staną się bardziej jerozolimskie, a Warszawa zyska elegancką, palmiastą perspektywę, żywcem przeniesioną z pejzażu Casablanki czy Madrytu.

Joanna Rajkowska wpadła na pomysł ustawienia, wielkiej sztucznej palmy w centrum Warszawy w połowie 2001 roku, po swojej podróży do Izraela. Idea pojawienia się w monotonnym pejzażu naszego północnego miasta, pochodzącego z innego świata, tropikalnego motywu, działała na wyobraźnię. Jednocześnie wydawała się wówczas nierealna. Przyzwyczailiśmy się, że w publicznej przestrzeni Warszawy mogą wyrosnąć centra handlowe, kolejne gigantyczne billboardy, a w najlepszym razie jeszcze jeden martyrologiczny pomnik. Ale wizjonerski projekt artystyczny, bez jakichkolwiek komercyjnych funkcji, służący wytrącaniu przechodniów z codziennej rutyny, i zderzający przechodniów z niemożliwym w naszym klimacie widokiem egzotycznej palmy na głównej ulicy? To nie mieściło się w logice naszego miasta.
Tymczasem Joanna Rajkowska nie poprzestała na fantazjach o palmach. Znalazła sponsorów i partnerów, przekonała do swojego pomysłu miejskie władze, pokonała trudności techniczne, a nawet strajk amerykańskich dokerów i sprowadziła palmę z drugiego końca świata. 12 grudnia rondo de Gaulle'a stanie miejscem budującego triumfu wyobraźni nad oporem materii. Palma będzie największym, a na pewno najwyższym, autorskim projektem artystycznym w przestrzeni publicznej, jaki współcześnie został zrealizowany w Warszawie.

Skąd przyjechała palma

Palma została wykonana na zamówienie Joanny Rajkowskiej przez specjalistyczną firmę z Escondido w USA. Firma nazywa się Forever Preserved, co po naszemu znaczy z grubsza "Wiecznie żywe". - Warsztat stoi w środku lasu, na odludziu, między pustynią wschodniej Kalifornii, a ciągnącym się wzdłuż zachodniego wybrzeża miastem-molochem (od San Diego do Los Angeles z małymi przerwami) - opowiada Michał Rudnicki, architekt i współpracownik Joanny Rajkowskiej, który pojechał do Stanów doglądać końcowych prac nad palmą - Dosyć niepozornie to wygląda; jest to raczej chałupnicza produkcja niż jakieś przemysłowe przedsięwzięcie. Poza panem Pecoff'em, właścicielem, nad
palmą pracowało dwóch nie znających słowa po angielsku Meksykanów.
Firma Soul-utions.Com oraz ich podwykonawca, Forever Preserved, zajmują się budowaniem sztucznych palm. Polimerowe kilkuwarstwowe konstrukcje pni okładane są prawdziwą korą palmową, konserwowaną syntetyczną żywicą. Plastikowe liście dodawane są osobno. "Wieczne żywe" palmy kupowane są do kasyn, centrów handlowych, ale także, jak mówi Michał Rudnicki, przez wszystkich tych, których nie stać na prawdziwą palmę. Wbrew temu, co można by sądzić, większość sztucznych palm nie trafia do zimnych i bezpalmowych krajów północnych, lecz do gorących okolic, które należałoby podejrzewać o całe palmowe gaje. Duża, sztuczna plama jest droga - potrafi kosztować kilkanaście tysięcy dolarów, ale jej zakup i tak wychodzi taniej niż utrzymanie plamy naturalnej. Sęk w tym, że duża palma sporo pije. W okolicach, w których woda jest na wagę złota, jak w Południowej Kalifornii czy na Półwyspie Arabskim, na dłuższą metę taniej jest kupić sztuczną palmę, niż latami podlewać prawdziwą.
Koncept ustawienia palmy w północnoeuropejskiej stolicy, jako projektu artystycznego, spodobał się Soul-utions.Com na tyle, że firma dała się namówić na potężne rabaty. "Są to ludzie którzy tego typu akcje uprawiali wcześniej, z innymi klientami - opowiada Rudnicki - nasze nękanie i żebractwo nie były im zupełnie obce. Mają poza tym dosyć spore poczucie humoru. Dowodem na ich poparcie projektu jest fakt że właścicielka firmy, pani Woodrow zamierza tu przyjechać na uroczyste otwarcie. Chyba nie robiła by tego gdybyśmy stawiali kolejną palmę w kolejnym kasynie."
Po skończeniu palmy przez rzemieślników z Kalifornii, zaczęła się międzykontynentalna odyseja sztucznego drzewa. Pień palmy podróżuje w jednym, 12 metrowym kawałku. - Spory dupościśk terminowy mieliśmy z powodu strajku pracowników portowych na całym zachodnim wybrzeżu - opowiada Rudnicki - Mimo że strajk dawno się zakończył, nadal pozostało sporo nie rozładowanych statków, czekających przed portem w Los Angeles. Na szczęście nasi agenci znaleźli wolne miejsce na statku płynącym z Houston. Żeby tam dotrzeć, palmę musieliśmy wstawić w kontener, na TIR'a, na pociąg, i do Texasu, a stamtąd statkiem do Polski. Z Gdyni palma przyjeżdża do Warszawy TIR'em.
Michał Rudnicki, jako osoba kierująca montażem palmy na rondzie de Gaulle'a woli nie mówić zbyt wiele o szczegółach montażu plamy. - Nie chcę zapeszyć całej procedury. Powiem tylko że wszystko odbędzie się zgodnie z prawem i na szczęście parę osób z dużym doświadczeniem będzie nam przy tym pomagało.
Zgodnie z projektem, warszawska palma nie jest pomyślana jako rzecz, która pozostanie w Warszawie na zawsze. Wzmocnione od środka stalową konstrukcją, i zakonserwowane od zewnątrz żywicą drzewo jest jednak przygotowane na wszystko, co może spotkać je w polskim klimacie. "Palma może stać dziesięć lat, co najmniej - mówi Rudnicki - Sama konstrukcja nie ma terminu ważności, ale powłoka zewnętrzna powinna spokojnie przetrwać jeszcze trzy tury wyborów samorządowych, nie wymagając konserwacji lub
naprawy. Co wcale nie znaczy że jakiś rozkojarzony kierowca MZA nie postanowi sprawdzić jej wytrzymałość na swój własny sposób...

Palma Joanny Rajkowskiej jest daktylowcem. Forever Preserved przyznaje, że drzewo nie jest do końca "botanicznie spójne", ale najbardziej przypomina phoenix canariensis, czyli daktylowca kanaryjskiego. To jeden z najbardziej efektownych gatunków palmy. Jak wskazuje nazwa pochodzi z wysp kanaryjskich, ale do czasu podboju archipelagu przez Portugalczyków w XVI wieku phoenix canariensis należy do najpopularniejszych drzew ozdobnych od Kalifornii po zachodnią Azję. Daktylowiec kanaryjski rośnie wolno, ale potrafi osiągnąć wysokość 20 metrów, a rozpiętość jego wspaniałego pióropusza liści dochodzi do 10 metrów. Niestety, choć ten gatunek palmy, jest dość odporny na chłody, nie mógłby rosnąc w Polsce na otwartej, nie ogrzewanej przestrzeni. Phoenix canariensis jest w stanie znieść mrozy do -4 stopni, pod warunkiem, że nie utrzymują się dłużej niż 3-4 dni pod rząd. W oczekiwaniu na zmiany klimatyczne spowodowane efektem cieplarnianym, musimy się więc na razie ograniczyć do sztucznych daktylowców.

Duże jest piękne

Joanna Rajkowska ze swoją palmą wpisuje się w długą, choć w Polsce dotąd słabo reprezentowaną tradycję, wielkich realizacji artystycznych w przestrzeni publicznej. Skala robi swoje, a wyjście ze sztuką z galeryjnych katakumb na miasto daje okazję na zderzenie z faktem artystycznym każdego przechodnia zamiast wciąż tej samej garstki koneserów i bywalców. Z protoplastę wielkich miejskich realizacji artystycznych można uznać ponad 30 metrowego Kolosa Rodyjskiego, który W III wieku p.n.e stanął u wejścia do portu miasta Rodos. Niestety gigantyczny posąg, jeden z siedmiu cudów świata, po pół wieku runął na skutek trzęsienia ziemi, a we wczesnym średniowieczu Arabowie sprzedali jego metalowe szczątki na złom. W bliższych nam czasach, niezrażeni smutnym przykładem Kolosa artyści podejmowali jednak dalej śmiałe, monumentalne przedsięwzięcia. Jednym z największych (przynajmniej jeżeli chodzi o wymiary prac) współczesnych rzeźbiarzy jest weteran pop-artu Claes Oldenburg. Artysta odpowiedzialny jest między innymi za 13 metrowej wysokości klamerkę do bielizny ustawioną w Filadelfii, gigantyczną szminkę, oraz monumentalnych rozmiarów łyżeczkę do herbaty, z 300-kilową wisienką. Miłośnik piękna i wyrafinowanego kiczu, Jeff Koons stworzył w 1992 13 metrowej wysokości szczeniaczka, zbudowanego w całości z żywych kwiatów. W 1998 wielki piesek trafił na ulice Bilbao, przed fasadę tamtejszego oddziału Muzeum Guggenheima. Jednak najsłynniejszymi specjalistami od wielkiej sztuki są Christo i Jeanne Claude. Bułgarsko-francuski duet wsławił się pracami, w których materiałem artystycznym były hektary pejzażu, a nawet całe wyspy. Równolegle Christo i Jeanne Claude działają w miastach. Pakują w kilometry kwadratowe tkanin słynne budowle użyteczności publicznej, muzea i zabytki. Do ich najgłośniejszych akcji należy opakowanie paryskiego Pont Neuf oraz monumentalnego gmachu Reichstagu - parlamentu zjednoczonych Niemiec w Berlinie.

Joanna Rajkowska

artystka wizualna, urodzona w Bydgoszczy, wykształcona w Krakowie i Nowym Jorku. Mieszka i pracuje w Warszawie. W 2000 roku zrealizowała w CSW głośną wystawę Satysfakcja Gwarantowana. Pokazywała na niej serię przemysłowo wykonanych produktów - mydła, wazeliny, perfumy i napoje w puszkach. Informacje na opakowaniach głoszą, że produkty zawierają fragmenty ciała Joanny Rajkowskiej - do sporządzenia mydła artystka użyła swojego własnego tłuszczu, do perfum feromonów, do napojów m.in. szarej substancji mózgu i wyciągu z piersi. Według tekstów na etykietach, używanie artykułów z serii Satysfakcja ma skutki uboczne w postaci przeżywania fragmentów biografii Joanny Rajkowskiej. W zeszłym roku artystka przeprowadziła akcję Dziennik Snów. Przez tydzień, na zaproszenie Rajkowskiej, grupy ochotników drzemały w ciągu dnia w Galerii XXI. Publiczność mogła oglądać śpiących pokotem ludzi przez wychodzące na aleję Jana Pawła II okna galerii.

Stach Szabłowski